LEAH
Biegłam za Angusem. Biegłam ile sił w nogach. Biegłam, aby pomóc osobie, którą kochałam.
Chciałam wystrzelić jak z procy i natychmiast znaleźć się przy mamie, ale nie mogłam. Nie wiedziałam, w którym miejscu dokładnie się znajdowali. Wiedziała to tylko osoba prowadząca naszą grupę, uzbrojoną w noże i nieliczne pistolety. Istniało prawdopodobieństwo, że hieny kryły się w zaroślach.
Najgorsza jest niepewność, która później przeobraża się w strach, z którym coraz trudniej walczyć.
Z jednej strony byłam zła na Angusa, chciałam zacząć krzyczeć, żeby biegł szybciej, ale z drugiej strony podziwiałam go, mimo zmęczenia prowadził nas, nie narzekając, do tego biegł.
Miałam wrażenie, że przemierzamy lasy od kilku godzin. Na odległość nie mogłam nic zrobić. Nienawidziłam bezczynności, musiałam działać, w innym wypadku nie miałam co ze sobą zrobić. To uczucie nie pozwalało mi żyć i funkcjonować prawidłowo.
Wydawało mi się, że widzę jakąś postać, idącą w naszą stronę. Przyśpieszyłam, wyminęłam Angusa i pobiegłam w stronę zbliżającej się osoby. Słyszałam za sobą krzyki, ale nie zwracałam na nie uwagi. Ten ktoś ewidentnie potrzebował pomocy, mogłam to wywnioskować po sposobie chodzenia.
Byłam dwa metry od tajemniczego człowieka, kiedy rozpoznałam kim był. Ryan. Mężczyzna był dla mnie jak ojciec, to on zastępował mi osobę, której nigdy nie poznałam. Byłam pewna, że jego i moją mamę łączą "bliższe relacje", chociaż żadne z nich nie chciało się do tego przyznać. Zabawne, że tutaj w Głuszy, gdzie do woli można było się obnosić ze swoimi uczuciami, ludzie je ukrywali. Wbrew pozorom, u nas nie ma "jawnych związków", większość par się ukrywa. Oczywiście o większości z nich wiemy, ale nie dzielimy się to wiedzą z samymi zainteresowanymi. Dlaczego tak jest? Wszyscy tutaj chcą być silni, nie chcą przywiązywać się do niektórych osób, bo przez to cięższe jest pożegnanie. Gdy jesteśmy przyzwyczajeni do czyjeś obecności, jeszcze trudniej jest nam "się pozbierać" po jej odejściu. Tutaj panują surowe zasady, nie ma taryfy ulgowej dla nikogo.
Miałam wrażenie, że Ryan zaraz upadnie. Doskoczyłam do niego i objęłam w pasie. Był nieźle poharatany, z prawego ramienia sączyła się krew. Zapewne miał wiele siniaków i jeszcze kilka ran.
- Leah? - zapytał chrapliwym głosem. Odruchowo kiwnęłam głową, dopiero po chwili ciszy zorientowałam się, że mężczyzna miał zamknięte oczy i nie mógł zauważyć mojego ruchu głową.
- Tak, to ja. Nie odlatuj mi tu, Ryan - starałam się, aby mój głos brzmiał pogodnie, ale słyszałam w nim zdenerwowanie.
- Nie odlatuję - powiedział sennym głosem. Jak długo mogą biec taki krótki odcinek? Zaczęłam się denerwować.
- Właśnie widzę - mimo woli uśmiechnęłam się.
- Zaśpiewaj mi coś, ty tak ładnie śpiewasz... - teraz już byłam pewna, że majaczył. Ja nigdy nie śpiewam, to raczej nucenie i podśpiewywanie.
- Nie będę śpiewać. Gdzie jest Erin? - dziwnie się czułam wymawiając imię mojej matki, ale bałam się, że gdybym powiedziała po prostu: "mama", nie zrozumiałby o kim mówię.
- Reszta jest tam - wskazał ręką za siebie, w tym samym momencie jego twarz wykrzywił grymas bólu. Teraz byłam niemal pewna, że oberwał kulą z pistoletu, która niestety nie przeszła na wylot. - Jakieś sto metrów stąd. Angus nie wracał, więc pomyślałem...
- To źle pomyślałeś - przerwałam mu. - Hieny uciekły? - zapytałam, a Ryan kiwnął głową. Delikatnie obróciłam głowę i zauważyłam Feenata biegnącego w naszą stronę. Odetchnęłam z ulgą. Wreszcie ktoś tutaj dotarł.
- Zwariowałaś?! - przywitał mnie głos chłopaka. - Nie wiedziałaś, że to ktoś z naszych. Równie dobrze, mogła to być, któraś z hien! - pokręciłam głową. Przyzwyczaiłam się już do zbytniego zamartwiania się Fee. On bał się o wszystkich, życie innych stawiał nad swoim.
- Ale nie była. Biegnę do pozostałych - oznajmiłam. Powoli "oddałam" Ryana w ręce chłopaka i ruszyłam przed siebie, nie zważając na głos protestu dochodzący zza moich pleców.
EILEEN
Weszłam do domu oszołomiona. Co to miało znaczyć? Najpierw wręcz błagał o moje towarzystwo, a potem odszedł, nawet nie ruszając kiełbasy, którą miałam w dłoni. Każdy pies by na to "poleciał".
Dlaczego przejmuje się psem? Muszę wyrzucić go z głowy. Mimo wszelakich starań wciąż w głowie miałam wyraz jego... pyska? Można tak powiedzieć? Wyglądał na szczęśliwego, gdy mnie zobaczył, jakby... kiedyś mnie już widział. Później coś się zmieniło. Wyglądał, jakby się pomylił. Myślał, że jestem kimś innym. Ale kim?
Powoli weszłam po schodach. Skierowałam się do swojego pokoju. Drzwi do jego wnętrza były zamknięte. Co się dzieje? Dlaczego ktoś miałby uniemożliwić mi wejście do mojego pokoju? Oparłam się o drewno i osunęłam się na ziemię. Musiałam poczekać aż ktoś wróci do domu, aby dowiedzieć się dlaczego drzwi są zamknięte.
Zamknęłam oczy i niemal natychmiast je otworzyłam. Dlaczego? Znowu zobaczyłam pysk psa. Zastanowiłam się chwilę, bo miałam wrażenie, że ktoś patrzył na mnie w podobny sposób. W jednej chwili olśniło mnie: strażnik przed ewaluacją! Wyglądał jakby mnie znał, ale później jego wyraz twarzy się zmienił, był zdziwiony i zbity z tropu. Nie wiedziałam tylko dlaczego podobizna psa i mężczyzny tak bardzo zajmowały mój umysł. Zadziwiające jak ludzie w niektórych zachowaniach przypominają zwierzęta, mimo wszystko jesteśmy do siebie bardzo podobni.
- Eileen? Jesteś tutaj? - usłyszałam głos Shannon. Nareszcie ktoś wrócił!
- Jestem! - krzyknęłam i zaczęłam się podnosić. Chwile później schodziłam już po schodach. Kobieta stała w salonie, czekała na mnie. Z intensywnością wpatrywała się we mnie.
- Dlaczego drzwi do mojego pokoju były zamknięte? - teraz ta kwestia interesowała mnie bardziej niż to, gdzie zniknęła Shannon.
- Dla bezpieczeństwa - odparła chłodnym głosem. Nie miałam ochoty z nią dyskutować. - Teraz musimy gdzieś pojechać - kiwnęłam tylko głową i ruszyłam za macochą. Krąg tajemnic coraz bardziej się rozszerzał.
LEAH
Tak jak mówił Ryan około stu metrów dalej znalazłam członków grupy mamy. Niektórzy z nich niemal natychmiast spojrzeli w moją stronę. Ujrzałam w ich oczach ulgę, gdy zobaczyli, że to ja.
Zaczęłam rozglądać się za mamą. Siedziała oparta o drzewo, nie byłam pewna czy patrzyła się przed siebie czy też jej oczy były zamknięte. Podbiegłam bliżej.
- Mamo? - szepnęłam. - Mamo? - zapytałam trochę głośniej.
- Leah? Co ty tu robisz? Miałaś zostać w obozowisku, Angus miał tego dopilnować. Jak go znajdę to złoję mu skórę - uśmiechnęłam się, zawsze się o mnie martwiła. Wiedziałam, że nie jest z nią tak źle.
Uklęknęłam przed nią. Nie widziałam żadnych ran, żadnej krwi.
- Na to będziesz miała jeszcze czas. Zranili cię? - gdy kiwnęła przecząco głową na jej twarzy pojawił się grymas bólu. Czyli jednak. - Gdzie?
- Nigdzie - zaprzeczyła, ale ja wiedziałam swoje.
- Mamo, wcale mi nie pomagasz. Udając, że jesteś cała i zdrowa niczego mi nie udowodnisz, nie ochronisz mnie tym. Tylko sobie szkodzisz i ranisz tym mnie - już chciała otworzyć usta, aby coś powiedzieć, ale jej przerwałam - Nie będę się z tobą teraz kłócić! Pokaż mi gdzie cię zranili! - podniosłam głos. O dziwo tym razem nie protestowała, zabrała dłonie z brzucha i moim oczom ukazała się krwisto-czerwona plama.
Rozpięłam kurtkę, nie zważając na protesty mamy. Z ramion zdjęłam plecak, z którego wyciągnęłam nożyczki, którymi rozcięłam bluzkę.
Namoczyłam gazę i powoli zaczęłam przemywać ranę.
- Nie jest chyba tak źle? - zapytała moja mama. Była spokojna i opanowana, jak zwykle. - Wiesz, że wyglądasz teraz jak ja? Inni zaczęliby panikować i nie wiedzieli co robić. Na szczęście opanowanie odziedziczyłaś po nie a nie po ojcu, bo gdyby było... - miałam wrażenie, że ugryzła się w język. Pierwszy raz od dawna wspomniała o moim ojcu. Z chęcią drążyłabym temat, ale nie chciałam jej dodatkowo denerwować. Czasami trzeba ustąpić, dla dobra innych.
Przyjrzałam się ranie, nie była bardzo głęboka. Zdezynfekowałam nacięcie i owinęłam tułów poszkodowanej bandażem. Na razie musiało wystarczyć.
- Wstajemy - zakomunikowałam. Uklękłam przy niej, ułożyłam jej ramię na moim barku i powoli zaczęłam się podnosić. - Musimy dotrzeć do noszy. Dasz radę?
- Tak - potwierdziła i powoli zaczęłyśmy iść przed siebie.
_________________________________________________________
Z opóźnieniem, ale jestem! Wiem, że rozdział miał być w niedziele, ale nie wyszło, wybaczcie. Miała być jeszcze perspektywa Eileen, ale rozchorowałam się i to co napisałam w jej perspektywie było beznadziejne, więc uznałam, że tego nie wstawię. Jeżeli zauważyliście jakieś błędy albo coś Wam się nie podoba w moim stylu (no właśnie podoba Wam się mój styl pisania? Tylko szczerze!) piszcie, nie obrażę się :D No to pozostało mi jeszcze jedno:
PROSZĘ O KOMENTARZE!!!! DUŻO KOMENTARZY!!! KAŻDEGO CZYTAJĄCEGO!!!
bardzo mi się podoba ;) robi się coraz ciekawiej :D nie mogę doczekać się kontynuacji :)
OdpowiedzUsuńsuper! świetnie piszesz ;) czekam na dalsze rozdziały :D
OdpowiedzUsuńfajny rozdział, mam pewne podejrzenia jak te dwie są ze sobą związane :D huhu :D
OdpowiedzUsuńświetne :) czekam na dalszą część :D a Twój styl pisania bardzo mi się podoba :))
OdpowiedzUsuńCoraz więcej akcji... to mi się podoba!Już czekam na kolejny rozdział ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, V.A. Bones
jak zwykle świetnie:) i robi się coraz ciekawiej...
OdpowiedzUsuńzastanawia mnie tylko jedna sprawa dotycząca świata przedstawionego. nie chodzi tu o jakąś wadę w Twoim tekście, tylko po prostu - głośne refleksje, jak nad przeczytaną "oficjalną" papierową książką. mieszkańcy Głuszy pouciekali z Zombielandu, a ukrywają swoje związki, żeby udawać przed sobą większych twardzieli niż są naprawdę.. tak samo chyba było w "Delirium". moim zdaniem pogubili się gdzieś po drodze, zapomnieli o celach.. szkoda.
ale z góry mówię, że masz tego nie zmieniać!!!
pozdrawiam ;)
Właśnie chciałam zwrócić na to uwagę, bo jak słusznie zauważyłaś podobnie było w Delirium, najprostszy przykład: Raven i Tack. Nistety bywa tak, że ludzie czasami się gubią się w tym co chcieli zminić, osiągnąć; przykre, ale prawdziwe...
Usuńsuper, super, super! czekam na dalszą część ;)
OdpowiedzUsuń