niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział V

LEAH

   Poczułam jak coś lodowatego i mokrego ląduje na mojej głowie. Niemal natychmiast się obudziłam. Płyn zaczął spływać wzdłuż moich pleców, wzdrygnęłam się.
   Chwilę zajęło mi rozeznanie się w sytuacji. Znajdowałam się w kuchni, najprawdopodobniej zasnęłam podczas rozmowy z Kelly i Vivienne. Za sobą usłyszałam śmiech, odwróciłam się i ujrzałam Lucasa. Spojrzałam na niego z nienawiścią, nie bardzo się przestraszył, zaczął się śmiać jeszcze bardziej.
- Gdybyś... widziała swoją... minę! - udało mu się z siebie wydusić. Krople wody zaczęły spływać mi po twarzy, otarłam je.
- Pożałujesz! - krzyknęłam, w tym samym momencie chłopak wystrzelił jak z procy i pobiegł ku wyjściu. Oczywistością jest, że pobiegłam za nim. Nie odpuszczę mu tak łatwo.
   Dodam, że to nie pierwszy raz kiedy przeżyłam "wodną pobudkę". Nie radzę przechodzić tego na własnej skórze - to nic przyjemnego.
   Wbiegłam po schodach i wyszłam na zewnątrz. Słońce dopiero wschodziło. Nie wierzę, że wstał tak wcześnie! Coś musi go dręczyć, inaczej nie wstałby około szóstej rano i nie budził mnie takim sposobem, swoją drogą musiał się namęczyć, aby zrobić mi ten "drobny psikus". Przyniesienie wiadra wypełnionego wodą wcale nie jest zadaniem, które wykonuje się z miłą chęcią.
   Rozejrzałam się, ale nigdzie nie widziałam Luke'a. Gdzie on się podziewał? Zapewne zaszył się gdzieś w lesie albo poszedł nad strumień. Wyruszyłam na poszukiwania z myślą, że prędzej czy później go znajdę.
   Przechodziłam między dobrze znanymi mi drzewami, na większość z nich próbowałam się wdrapać. Kilka razy spadłam, raz złamałam rękę i mimo że to były bolesne, w sensie fizycznym, wspomnienia te były wspaniałe. Powinno się pamiętać o czymś co wydarzyło się kiedyś, nieważne czy dobrze coś wspominamy czy źle. Wszystkie wydarzenia w naszym życiu są ważne i kształtują to kim się stajemy.
   Usłyszałam szelest. Pokręciłam głową z uśmiechem na ustach. Jeżeli chciał mnie przestraszyć mógł się bardziej postarać i nie hałasować. Udawałam, że niczego nie usłyszałam i szłam dalej, nie oglądając się za siebie.
   Chwilę później z drzewa zeskoczył Lucas.
- Nie przestraszyłem cię, prawda? - zapytał, a ja pokręciłam głową.
- Ani trochę. Mogłeś się ciszej skradać, wtedy może troszkę bym się przeraziła.
- Zapamiętam na przyszłość - uśmiechnął się - ty się chyba niczego nie boisz.
- Boje się wielu rzeczy, jak każdy - czasami jest tego za dużo, dodałam w myślach. Ruszyłam przed siebie, chłopak poszedł za mną. Szliśmy w ciszy. To jest najlepsze w poranku. Nikt się tutaj nie kręci, dzieci się nie bawią - jest spokojnie.
    Dotarliśmy nad strumień przy którym stały cztery wiadra. Spojrzałam na Luke'a.
- Co tutaj... - przerwał mi i odpowiedział:
- Pomyślałem, że jak będziemy wracać możemy wziąć ze sobą trochę wody - wzruszył ramionami a ja kiwnęłam głową. To dobry pomysł. Woda zawsze się przyda.
   Zaczynaliśmy napełniać wiadra. Jeżeli chciał mi o czymś powiedzieć prędzej czy później to zrobi. Zaczął gwizdać, dołączyłam się.
- Idziemy? - spytał. Podniosłam wiadra i kiwnęłam głową. Ruszyliśmy w stronę azylu, nie odzywając się słowem.


EILEEN

   Wbiegłam do domu zdyszana. Podczas drogi do domu zaczął iść za mną pies, przestraszyłam się. Nie chciał mnie zostawić, więc postanowiłam dać mu resztkę kanapki i biegiem ruszyć do domu.
   Zwierzak mógł być chory, nigdy nie miałam psa, więc niewiele o nich wiedziałam. Wolałam uniknąć jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Niektórym moje zachowanie mogłoby się wydawać śmieszne, ale każdy się czegoś boi.
   W końcu udało mi się uspokoić oddech, przeszłam przez salon i weszłam po schodach na piętro. Dopiero teraz zważyłam, że w domu panowała cisza. Weszłam do wszystkich pokoi, ale nikogo nie znalazłam. Zbiegłam na dół, ale w salonie i kuchni także było pusto.
   Dziwne, Shannon zawsze była w domu. Sytuacja wydawała mi się tym dziwniejsza, gdyż drzwi nie były zamknięte na klucz. Faktem jest, że w naszej okolicy nie zdarzały się włamania i kradzieże, ale głupotą byłoby zostawianie otwartych drzwi.
   Postanowiłam poszukać kogoś na zewnątrz, przecież to bardzo możliwe, że Shannon jest w garażu. 
   Przed domem leżał pies. Ten sam pies, przed którym uciekłam. Na mój widok podniósł się i zaczął radośnie merdać ogonem, jakby zobaczył mnie po kilku miesiącach rozłąki. To było raczej niemożliwe.
- No idź stąd - zacżełam do niego mówić. April opowiadała mi kiedyś, że rozmawiała kiedyś ze swoim kotem i odniosła wrażenie, że zrozumiał. Co mi szkodziło spróbować - Idź stąd. Nie wiem czego ode mnie chcesz, ale odejdź. No już! - podniosłam głos. Zwierzę skuliło ogon i położyło się na ziemi. Rozłożyłam ręce w geście rezygnacji. I co ja mam teraz zrobić? Nie mogę zostawić go na pastwę losu. Miałabym wyrzuty sumienia. Chciałabym, aby był tu ktoś po remedium, bez żadnych skrupułów zadzwonił by po Porządkowych i zabraliby psa.
   Rozejrzałam się z nadzieją, że ktoś akurat będzie przechodził obok mojego domu. Miałam pecha, ulice były opustoszałe.
   Weszłam do domu, następnie skierowałam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam kawałek kiełbasy. 
   Wróciłam do psa, który nadal leżał na chodniku. Odetchnęłam i podeszłam do niego. 
   "No i co teraz zamierzasz zrobić, geniuszu?" Odezwał się głos w mojej głowie. Nie wiedziałam co chciałam zrobić. 
   Byłam zaledwie metr od zwierzęcia, dodam, że dosyć dużego zwierzęcia o dużym pysku, w którym z łatwością zmieściła się moja dłoń. Jego ciemno-brązowa sierść błyszczała w promieniach słońca. Muszę przypomnieć sobie co to za rasa. Chwilę trwało zanim sobie przypomniałam. Przede mną leżał owczarek niemiecki.
   Pies przyglądał mi się brązowymi oczyma, miałam wrażenie, że "badał moją twarz". Nagle szczeknął. Natychmiast skuliłam się i zakryłam dłońmi twarz. Czekałam aż mnie zaatakuje. Mijały sekundy, ale nic się nie wydarzyło. Odważyłam się zabrać dłonie z twarzy i spojrzeć na owczarka. Obwąchiwał mnie.
   Stałam nieruchomo przez kilka minut. Czekałam aż pies skończy robić to co robi, w końcu się doczekałam. Zwierze spojrzało na mnie, jakby z rezygnacją i pobiegło przed siebie, zostawiając mnie samą na chodniku z pętem kiełbasy w ręku. Musiało to wyglądać bardzo komicznie.


LEAH

   Byliśmy niecałe pół kilometra od obozowiska, gdy usłyszeliśmy czyjeś wołanie:
- Czekajcie! Czekajcie! - jak na komendę, odłożyliśmy wiadra z wodą i odwróciliśmy się w stronę krzykacza. Ku nam biegł mężczyzna, w podartym ubraniu. W miarę jak się zbliżał mogłam rozpoznać rysy jego twarzy. Był to Angus. On był na wyprawie z moją mamą. Serce zaczęło bić mi szybciej. To jak wyglądał i jak się śpieszył nie wróżyło niczego dobrego.
   Podbiegł do nas. Złapał się za ramie Luke'a i ciężko oddychał. Zauważyłam ranę na jego szyi.
- Potrzebujesz pomocy - powiedziałam automatycznie - To trzeba zdezynfekować - chłopak dotknął szyi.
- To później... trzeba pomóc... reszcie. Oberwali... gorzej ode... mnie - wydusił z siebie. Zamarłam. Moja mama została ranna.
- Hieny? - zapytał Lucas, a Angus kiwnął głową. Cholerne hieny! Miałam ochotę  krzyczeć. Co my im zrobiliśmy, że za każdym razem, gdy nas widzą chcą nas zabić? Na to pytanie nie znałam odpowiedzi.
- Gdzie oni są? - spytałam drżącym głosem.
- Jakieś siedem kilometrów stąd. 
- Biegnę tam - powiedziałam bez zastanowienia, Lucas złapał mnie za ramię. 
- Nie pomożesz im bez narzędzi i lekarstw. Musimy pójść po nie do obozowiska - miał racje. Nie mogłam być tak lekkomyślna i pobiec na ratunek z małym nożem. To byłoby bez sensu. Zagrały emocje, głównie strach o życie najważniejszej osoby w moim życiu. Można powiedzieć, że remedium było w czymś dobre. Nie przejmowałeś się śmiercią najbliższych, własną też nie, bo nie kochałeś życia.


________________________________________________________________
Nie dość, że późno to jeszcze beznadziejnie. Musicie przyzwyczaić się do mojego marudzenia.
Wiem, że jest spore opóźnienie, ale czerwiec to bardzo intensywny miesiąc. Poprawianie ocen daje w kość. Do tego przez upały nie miałam ochoty na nic. Na siedzenie przed kompem, na czytanie, na pisanie, na nic. Po prostu zalegałam przed telewizorem albo się uczyłam. W wakacje posty będą dodawane regularnie, macie moje moje słowo. Jutro nie idę do szkoły, więc napisze część rozdziału i dodam go koło weekendu. Dlaczego? Bo będę musiała go skończyć. A dlaczego nie mogę napisać go w trakcie tygodnia? Już tłumaczę: we wtorek mam wieczorek gimnazjalny, co wiąże się z tym, że jadę do fryzjera, a do domu wrócę późno, bo później z klasą robimy sobie after-party, w środę będę zmęczona i nic nie będzie mi się chciało, a poza tym trzeba przygotować wszystko na koniec roku, w czwartek koniec roku i after-party z klasą, tak znowu, w piątek jadę zawieść kopie świadectw i wyników egzaminów, więc nie będzie mnie do wieczora. Jeżeli rozdział nie pojawi się do 17.00 w sobotę znaczy, że pojawi się w niedziele, bo w sobotę wieczorem jadę na koncert. Widzicie jaki mam zapracowany tydzień :D Wiem, że pewnie nikt tego nie przeczyta, swoją drogą nieźle się rozpisałam.
No i teraz apel do Was! PROSZĘ O KOMENTARZE!!!! DOŻO KOMENTARZY!!! KAŻDEGO CZYTAJĄCEGO!!!

6 komentarzy:

  1. Świetny rozdział, z niecierpliwością czekam, co się stanie w kolejnym ;)
    Pozdrawiam, V.A. Bones

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się ale kurcze! Mimo ze wole osoby przed remedium to ciekawi mnie zycie Eileen :D chce wiedzieć czemu nikogo nie ma w domu :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Super ! Bardzo ciekawi mnie postać Lucasa. ;) Czekam na kolejny rozdział. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. trochę czekaliśmy ;) ale się opłacało :D nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału

    OdpowiedzUsuń
  5. wkradła się literówka w części o Eileen - zważyłam zamiast zauważyłam.:)
    a rozdział ciekawy. fajny pomysł z tym, że nie tylko Leah-Eileen, a jeszcze Leah na sam koniec :)

    OdpowiedzUsuń
  6. świetne ;) czekam na kolejny rozdział :D podoba mi się postać Lucasa

    OdpowiedzUsuń

Jestem wdzięczna za każdy komentarz. Wasze opinie są dla mnie bardzo ważne i mobilizują mnie do dalszego pisania! Miło by było, gdyby każdy zostawił coś po sobie, nawet krótki komentarz :))