EILEEN
Musiałam podjąć decyzje. Wybrać pomiędzy strachem a dobrem narodu. Wizja życia wśród Odmieńców była przerażająca. Nie umiałabym przetrwać w lesie. Nie potrafiłabym przebywać w pobliżu niewyleczonego chłopaka czy dorosłego już mężczyzny. Na samą myśl o tym skręcał mi się żołądek.
Z drugiej strony mogłam uratować tysiące ludzi. Nie było wiadomo co planowali Odmieńcy. Mogli chcieć uwolnić swoich z więzień. Mogli zaatakować pod osłoną nocy nic nie spodziewających się ludzi i chcieć opanować miasto. Nie mam pojęcia ilu ich było, ale miałam wrażenie, że niemało.
Musisz wybrać Eileen! - krzyczał głos w mojej głowie, nie pozwalając mi się skupić. Dobro moje lub tysiąca ludzi. Zdecydowałam.
LEAH
Travis nie przysłał żadnej wiadomości, czym się trochę zaniepokoiłam. Jednak z drugiej strony: brak wieści to dobre wieści. Nie, chyba nie. Jakby bardziej się nad tym zastanowić to był okropny znak.
Mogli rozgryźć kim jest i złapać, później torturować, aby wyjawił nasze sekrety. Na szczęście medal miał dwie strony i mógł po prostu jeszcze niczego nie wywęszyć.
Uspokój się! - próbowałam przemówić sobie do rozsądku, ale się nie udało. Uznałam, ze muszę coś ze sobą zrobić. Rozejrzałam się po obozowisku.
Dzieci bawiły się w berka, wesoło się śmiejąc. Ci to mają dobrze, nie muszą się niczym przejmować, pomyślałam. Kilka osób siedziało na trawie i grało w karty, rozpoznałam wśród nich Luke'a i Fee. Zapaleni hazardziści.
Trzy osoby siedziały przy ognisku i rozmawiały. Reszta albo zajmowała się rannymi albo przygotowywała obiad, możliwe, że część poszła po wodę.
Postanowiłam zebrać trochę drewna do ogniska. Podeszłam do wejścia do azylu, chwyciłam dwa plastikowe wiadra i ruszyłam w stronę lasu.
Przeszłam kilka metrów i usłyszałam za sobą szelest. Ktoś mnie śledził. Po krótkim zastanowieniu uznałam, że to Luke, który chciał mnie przestraszyć albo Vivienne, która chciała mi towarzyszyć. Nie wzięłam pod uwagę Kelly, która od razu by za mną krzyknęła.
- Kimkolwiek jesteś wyjdź ze swojego ukrycia - powiedziałam, nie odwracając się.
- Jak ty to robisz? - usłyszałam wysoki, dziewczęcy głosik. Viv.
- Tak już mam - wzruszyłam ramionami, odwracając się w jej stronę. Słyszałam dużo lepiej niż inni towarzysze z obozu, dzięki tej zdolności nikt nie mógł mnie zaskoczyć.
Uśmiechnęłam się na widok roztrzepanych włosów dziewczynki.
- Idź po grzebień i gumkę do włosów, zrobimy coś z nimi - wskazałam na jej czuprynę, mała szeroko się uśmiechnęła i pognała do azylu po potrzebne rzeczy.
Usiadłam na ziemi, opierając się o drzewo. Wiedziałam, że niebieskooka wróci dosłownie za chwile. Miała talent do biegów. Jak podrośnie, zabiorę ją dalej w las i trochę przetrenuję.
Na dzień dzisiejszy nie mogłam wyobrazić sobie czasu, gdy Vivienne będzie w moim wieku. Zawszę będę widziała w niej moją małą siostrzyczkę, w końcu pomagałam w opiece nad nią.
- Jestem! - krzyknęła a ja odwróciłam się w stronę, z której nadbiegła. W dłoni trzymała to o co ją poprosiłam.
- Siadaj - poleciłam, gdy stanęła na przeciwko mnie. Spełniła moją prośbę. - Warkocz? - spytałam, a Viv ochoczo pokiwała głową. - Co ty robisz z tymi włosami, że są tak rozczochrane?
- Nic szczególnego. Po prostu się bawię - odparła a ja zaczęłam rozczesywać pasma kruczoczarnych włosów. - Auu! - jęknęła.
- Chcesz być piękna musisz cierpieć. Trzeba było przyjść z tym do mnie albo do Kelly.
- Macie już wystarczająco dużo zmartwień - jak na dziewięciolatkę Vivienne była bardzo inteligentna. Życie w Głuszy sprawia, że szybciej trzeba dorosnąć.
- Ale nie na tyle wystarczająco, żeby nie pomóc mojej małej siostrzyczce - przytuliłam ją. Powinna wiedzieć, że ma kogoś na kim może polegać.
- Jak mama się czuję? - zmieniła temat po chwili ciszy.
- Nie byłaś u niej? - zapytałam zdziwiona, myślałam, że jako jedna z pierwszych do niej pobiegła.
- Powinna odpoczywać - uznała i zaczęła bawić się źdźbłem trawy.
- Nic jej nie będzie, jest twarda. Musisz ją odwiedzić, ucieszy się - w końcu udało mi się rozczesać wszystkie kołtuny. Mogłam zabrać się do plecenia warkocza.
- Leah? - zapytała a ja mruknęłam na znak, aby mówiła dalej. - Jaka była moja prawdziwa mama? Nie to, że nie uważam mamy za prawdziwą mamę, ale wiesz o co mi chodzi...
- Tak, wiem - dzieci w tym wieku chciały wiedzieć jak najwięcej. Nie zdziwiło mnie pytanie Viv, wiedziałam, że prędzej czy później je zada. Teraz nadarzyła się ku temu okazja i zrobiła to. - Była bardzo podobna do ciebie. I silna, bardzo jej na tobie zależało - mówiłam to co zapamiętałam z tamtego okresu. Nie byłam nawet w wieku Vivienne, gdy to wszystko się wydarzyło. Nie mówiłam o tym jak była poraniona, gdy udało jej się do nas dotrzeć, jak cierpiała. Chciałam, aby poznała swoją biologiczną matkę z jak najbardziej pozytywnej strony - Masz imię po babci - dodałam na koniec.
- Tak? - zapytała z niedowierzaniem, odwracając się w moją stronę.
- Tak. Była jednym ze sympatyków i to ona wprowadziła twoją mamę, swoją córkę, w świat wolny od remedium - dziewczynka otworzyła szeroko oczy, nie mogła w to uwierzyć. Związałam włosy na końcu warkocza i klepnęłam ją w plecy - Gotowe - oznajmiłam a niebieskooka podniosła się z ziemi i mnie przytuliła. Odwzajemniłam uścisk.
- Dziękuję, Leah. Jesteś najwspanialszą siostrą na świecie! - uśmiechnęłam się na jej słowa. Miło było coś takiego usłyszeć.
- Oj, uwierz mi ty też! Kocham cię, wiesz roztrzepańcu?
- Ja ciebie też. To co zbieramy te gałęzie? - kiwnęłam głową nadal się uśmiechając. Tak dobrze było mówić o swoich uczuciach.
EILEEN
Stanęłam przed drzwiami i zawahałam się. Na pewno podjęłam słuszną decyzje? Później nie będę miała możliwości odwrotu. Westchnęłam, teraz albo nigdy.
Nacisnęłam na klamkę i szeroko otworzyłam drzwi. Niemal automatycznie w moją stronę zwróciły się dwie twarze. Jedną z osób mi się przyglądających była Savannah, obok niej w fotelu obitym w zieloną skórę siedział mężczyzna. O ile się nie myliłam był obecny na sali podczas mojej ewaluacji.
Niemal czułam jak ich spojrzenia wiercą mi dziurę w brzuchu. Jeszcze możesz się wycofać, jeszcze niczego nie powiedziałaś.
- Zgadzam się - wyrzuciłam z siebie i poczułam jak wielki ciężar spada mi z serca. Moi towarzysze uśmiechnęli się i porozumiewawczo spojrzeli na siebie. Nie wróżyło to niczego dobrego. Trzeba było być samolubnym - podpowiedział głosik w mojej głowie.
Teraz czekała mnie jazda bez trzymanki.
________________________________________________________
Dobra ten rozdział nie jest szczytem moich marzeń, nudny, krótki, powinien być lepszy po tak długim czasie. Wybaczcie, że tak Was zaniedbałam. Ale wena mnie opuściła, siadałam przed komputerem, chciałam coś napisać i nic nie przychodziło mi do głowy. A do tego patrząc na te dwa komentarze pod ostatnim postem odechciewało mi się czegokolwiek. Naprawdę nie stać Was na więcej?
Następny będzie szybciej. Jeszcze raz przepraszam. Jak będziecie chcieli mnie ochrzanić albo o coś zapytać zapraszam na aska: http://ask.fm/Carriexx
ochrzanić mogę Cię tu na miejscu, że tyle trzeba było czekać! szczerze mówiąc Leah (Leę, nie wiem jak to się odmienia) mam gdzieś, ale Eileen baaaaardzo mnie interesuje :D
OdpowiedzUsuńNie jest źle, piszesz dobrze ale rozdział troszke nudny. Czekam na dalszy ciąg!
OdpowiedzUsuńZgadzam się z przedmówcami. Rozdział może być taką "ciszą przed burzą" :) Mam nadzieję, że kolejne będą tą "burzą" ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, V.A. Bones
Jest super! ;) Czekam na kolejne rozdziały :)
OdpowiedzUsuńŚwietnie piszesz ;) <3 czekam na dalszą część :D
OdpowiedzUsuńSuper, super. Trochę widać, że brak ci weny, ale dokładnie wiem co to znaczy bo sama piszę opowiadania ;D Coraz bardziej ciekawi mnie historia Eileen i powoli domyślam się co będzie dalej. Jeśli będziesz chciała popisać, lub prosić o pomoc to czekam. No i oczywiście czekam na dalsze rozdziały ;P
OdpowiedzUsuń